Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/665/-1/60/

Od rosyjskiego gazu nie uwolnimy się nigdy. Bałtycka rura za odmowę „pieremyczki”?


Informacje Numery Numer 01/2006

Rozmowa z prof. dr hab. inż. Stanisławem Rychlickim prodziekanem Wydziału Wiertnictwa, Nafty i Gazu AGH



- Dla szerokiej opinii publicznej Gazociąg Północy, zwany też Bałtyckim, objawił się tuż przed wakacjami 2005 roku, ale w kręgach profesjonalistów o tak poważnym przedsięwzięciu mówiło się przecież wcześniej. Tak skomplikowanego projektu nikt nie był w stanie wymyślić w jedną noc...
- Oczywiście! Pierwsze sygnalne jeszcze informacje pojawiły się jakieś pięć lat temu. Mówiono o tym na Kongresie Gazowniczym w Nicei w 2000 roku, a potem dwa lata później - na Kongresie Gazowniczym w Rio de Janeiro. Natomiast tak na poważnie wzięto się za to wtedy, gdy Polska odmówiła zgody na budowę “pieremyczki” czyli – przypomnijmy - gazociągu, który miał biec od magistrali jamalskiej - przez terytorium Polski i włączyć się w Kapusanach na terenie Czech do systemu połączeń gazociągów południowych, biegnących przez Ukrainę, Słowację, Czechy i dalej na zachód Europy. Sprzeciwiliśmy się temu, chroniąc interesy Ukrainy – co moim zdaniem było dużym błędem politycznym. To był przede wszystkim biznes, praca dla naszych firm, zamówienia dla polskich dostawców, opłaty przesyłowe itp. Można to było rozwiązać w sposób czysto biznesowy dzieląc się w formie np. polskich inwestycji na Ukrainie zyskami z tego przedsięwzięcia. Byłoby to przejrzyste i obustronnie korzystne postawienie sprawy.

- Ja na tę koncepcję patrzyłem w pierwszym rzędzie z czysto fizycznego punktu widzenia: poprawienia sprawności, niezawodności i bezpieczeństwa gigantycznego przecież układu hydraulicznego. To naturalne, że projektanci i użytkownicy wszelkich sieci przesyłowe tak energetycznych jak i gazowych, dążą do zamykania ich w pierścienie...
- Wreszcie mielibyśmy połączenie z układem gazociągów południowych. Teraz głośno się o tym mówi. Musimy to i tak wybudować! Mało tego, musimy wreszcie mieć pełne połączenie z systemem gazociągów europejskich.

- A koncepcja gazociągu Bernau – Szczecin, lansowana w swoim czasie przez Aleksandra Gudzowatego?
- To nie rozwiązywało sprawy. Odcinek Bernau – Szczecin był projektowany bardziej pod kątem ewentualnego wybudowania gazociągu z Norwegii. I był to bardziej komercyjny interes “Bartimpexu” niż operatora systemu przesyłowego. Zresztą PGNiG włączyło się w rozmowy na ten temat i chciało się dogadać w tej sprawie z „Ruhrgasem”, ale efektów nie było. Istnieje natomiast możliwość włączenia się w system europejski choćby za pomocą naszej “grubej rury”...

- Pan ma na myśli magistralę jamalską?
- Tak. Można to rozwiązać poprzez tzw. rewers, który sprawi, że gaz mógłby przez ten rurociąg płynąć w obu kierunkach. To warto zrobić. Z technicznego punktu widzenia nie jest to zbyt trudne przedsięwzięcie. Niezależnie od tego, trzeba szukać połączenia z systemem europejskim na kilka sposobów. I mogłoby to być jedno z takich połączeń. My na razie tego nie mamy. I to powinno być jednym z pierwszoplanowych działań.

- A powrót do rurociągu z Norwegii...?
- Złoża norweskie są doskonale rozpoznane, oszacowane, zagospodarowane i rozdysponowane. To wszystko odbywa się w oparciu o wieloletnie planowanie. I jeśli sygnały dochodzące ze stron norweskiej mówią, że na dostawy możemy liczyć dopiero w okolicach roku 2012 - to nie jest to kierunek, w którym - moim zdaniem - powinniśmy podążać. Powiem szczerze, razem z prof. Jakubem Siemkiem mamy dość sceptyczne podejście do kontraktu norweskiego i - mówiąc wprost - obydwaj byliśmy przeciwni jego podpisaniu.

- Dlaczego?
- Po pierwsze: to jest nadal połączenie z jednym dostawcą, a nam potrzebne jest teraz rozwiązanie systemowe, po drugie: olbrzymie koszty budowy tego połączenia, po trzecie: zasoby norweskie stanowią 10 proc. zasobów rosyjskich, udokumentowane zasoby norweskie przy obecnym poziomie wydobycia wystarczą na 17 lat. Jeżeli mówimy o możliwości dostaw dopiero po roku 2012, to mamy raptem 10-letnią perspektywę. To jest zdecydowanie zbyt krótki horyzont dla amortyzacji tego rodzaju inwestycji. Po czwarte: skład gazu norweskiego różni się od gazu, który rozprowadzamy w naszej sieci i dlatego musiałby on być najpierw kondycjonowany, zwłaszcza dla dużych odbiorców jak np. zakłady chemiczne, co wiąże się z dodatkowymi kosztami. Po piąte: sieć gazociągów w Polsce północno-zachodniej jest najsłabiej rozwinięta w kraju. Proszę sobie wyobrazić, że mielibyśmy przetłoczyć tamtędy 5 mld m sześc. gazu, podczas gdy przez całą Polskę przetłaczamy obecnie 13 mld m sześc. Zanim by się to stało, musielibyśmy ponieść znaczne nakłady na rozbudowę gazociągów w tamtym rejonie kraju do wymaganych zdolności przesyłowych. A wiadomo, że pieniędzy na tego rodzaju inwestycje brakuje od zawsze. I po szóste: cena gazu norweskiego jest wyższa o ok. 20 proc.

- Ktoś może powiedzieć, że bezpieczeństwo energetyczne kraju jest bezcenne...
- Zgoda! Tylko na to mogą pozwolić sobie naprawdę państwa najbogatsze. To jest tak, jak z ubezpieczeniem. Można się w pełni ubezpieczyć od wszystkich możliwych ryzyk - tylko składka będzie tak wysoka, że nie będzie nas na nią stać...

- Co w takim razie można zrobić?
- Trzeba szukać innych rozwiązań.

- Jakich? Są takie?
- Od kilkunastu lat mówimy o wybudowaniu na Bałtyku terminalu LNG (skroplonego gazu ziemnego). W 1996 roku opracowano feasibility study, gdzie przedstawiono projekt budowy terminalu. W tym czasie w Europie był tylko jeden terminal w Belgii. Przez te 10 lat większość państw europejskich wybudowała sobie terminale LNG, a my zostaliśmy w blokach startowych. Gdybyśmy zrealizowali tamte plany, tak jak to było w zamiarze, to dzisiaj nasza sytuacja byłaby diametralnie inna. Moglibyśmy importować gaz skroplony, który jest tylko nieznacznie droższy od gazu dostarczanego gazociągami i to z dowolnego kierunku. Ba, moglibyśmy go sprowadzać także dla innych i na tym także zarabiać. Takim zabezpieczeniem w przypadku ropy jest Naftoport z bardzo dużymi mocami przeładunkowymi i ropociągi łączące dwie duże rafinerie. Drugim rozwiązaniem docelowym jest włączenie się w system gazociągów łączących nas ze złożami Azji Środkowej. Konkretnie Azerbejdżanu, Uzbekistanu, Kazachstanu, Tadżykistanu ewentualnie także Iranu i innych państwa arabskich. Taka możliwość istnieje, ponieważ pojawiła się inicjatywa państw środkowoeuropejskich, a konkretnie: Węgier, Rumunii, Bułgarii, Austrii i Turcji w sprawie wybudowania gazociągu “Nabucco”. Ten gazociąg miałby długość ok. 3400 km, a więc byłby to dość długi gazociąg i kosztowałby od 4 do 5 mld dolarów. Ale zasoby tych państw stanowią ok. 70 proc. zasobów rosyjskich i byłaby to wyraźna przeciwwaga dla dostaw rosyjskich. Do tego projektu zgłosiły już akces Czechy, Słowacja i Grecja, nic więc nie stoi na przeszkodzie aby został on przedłużony także do Polski. Przepustowość tego gazociągu zakłada się na poziomie 25 do 32 mld m sześc. z czego 1/3 szłaby na potrzeby państw budujących, ale reszta będzie do wolnej sprzedaży. Okres budowy tego gazociągu to lata 2006 - 2009 a więc byłby skończony w tym samy czasie, co gazociąg bałtycki. I to by nam pozwoliło otworzyć drugie okno na świat. Tak naprawdę od gazu rosyjskiego nie uwolnimy się nigdy, tak jak nie uwolni się i Unia Europejska. W Rosji jest 30 proc. światowych zasobów gazu i prędzej czy później cała Unia Europejska będzie skazana na gaz rosyjski.

- Tyle tylko, że stara Unia Europejska zaspokaja swoje potrzeby energetyczne w 25 procentach gazem rosyjskim, a Polska w 60, zaś Litwa, Łotwa, Słowacja czy Czechy blisko w 100 procentach.
- Nie da się wyeliminować z dostaw gazu rosyjskiego, ale trzeba mieć możliwość przeciwwagi. Proszę pamiętać, że gospodarka rosyjska opiera się głównie na sprzedaży ropy i gazu, więc jeśli straci rynek to również straci źródła przychodów, na których opiera byt całego państwa. Teraz Rosjanie mogą przykręcać kurek według własnego humoru, ale jeśli byłyby alternatywne kierunki zasilania, to tego w taki sposób nie mieli by odwagi zrobić, bo straciliby rynek - i mówiąc trywialnie - “kasę”.

- Co najmniej od 10 lat mówimy o rozbudowie podziemnych magazynów gazu. Prof. Jakub Siemek mówił o tym już 25 lat temu i wtedy mało kto jeszcze rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi...
- Mówimy, mówimy, mówimy... Dzisiaj posiadamy 1,4 mld m sześc. gazu zdeponowanych w podziemnych magazynach, a powinniśmy mieć 4-4,5 mld! Wtedy przykręcenie kurka na Ukrainie czy wcześniej na Białorusi nie byłoby żadnym problemem, bo pozwalałoby to nam na kwartalne zaopatrzenie kraju bez zewnętrznych dostaw. I to jest ten trzeci kierunek dywersyfikacji, na którym warto się skupić. Z jednej strony LNG, z drugiej Nabucco i z trzeciej - podziemne magazyny gazu. Mamy znakomite struktury geologiczne nadające się do tego celu. Od lat propagujemy wspólnie z prof. J. Siemkiem ideę budowy w Polsce euromagazynów gazu o pojemności sięgającej nawet 30 mld m sześc. Mamy takie struktury geologiczne, mamy także do tego odpowiednich, naszych polskich, bardzo dobrych specjalistów. Byłby to znakomity interes dla Polski. Magazyny gazu mają Francuzi, Niemcy, także na Ukrainie są poważne przestrzenie magazynowe.

- Z tego co wiadomo, dzierżawimy przestrzenie magazynowe właśnie na Ukrainie...
- Sytuacja polityczna na Ukrainie nie jest stabilna politycznie i nie jest to takie pewne zabezpieczenie. Dzisiaj magazyn jest, a jutro - w sytuacji kryzysowej - może go nie być. Oczywiście jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni z Ukrainą, ale życie podpowiada, że najpewniejsze są własne rozwiązania.

- I tak doszliśmy do wydobycia z własnych złóż. Rząd podjął w trybie awaryjnym decyzję o intensyfikacji wydobycia gazu z własnych złóż.
- I to jest czwarty, najlepszy kierunek dywersyfikacji. Najlepszy, bo najtańszy! Jeżeli cena polskiego gazu z własnych złóż według stanu na dzień dzisiejszy wynosi ok. 85 dolarów za 1000 metrów sześc. a cena gazu rosyjskiego przekracza 200 dolarów, zresztą Rosjanie chcieliby go sprzedawać nawet po 250 dolarów, zaś norweskiego podchodzi pod 300 dolarów - to liczby mówią same za siebie.

- Jeden z wysokiej rangi działających w Polsce dyrektorów EdF – przy innej zresztą okazji – uzmysłowił mi ostatnio, że paliwa pozyskiwane na lokalnym rynku - bez względu na to czy jest to ropa, gaz bądź węgiel - sprawiają, że kwoty na nie wydatkowane zostają w kraju i napędzają własną gospodarkę. Gdy je importujemy to wspomagamy tym samym inne gospodarki.
- Ależ oczywiście! Te pieniądze dają zatrudnienie dla naszych ludzi, dzięki temu żyją nasze firmy i nasze rodziny. Rozwija się cały przemysł towarzyszący... Tylko żeby zwiększyć wydobycie, trzeba zwiększyć nakłady na poszukiwania. Rocznie powinniśmy wydawać przynajmniej 600 mln złotych na poszukiwania. Zintensyfikować wydobycia ze złóż już odkrytych – prowadząc eksploatację oczywiście w sposób optymalny – zbytnio się nie da. Można to zrobić tylko poprzez odkrycie i zagospodarowanie nowych złóż. Ale żeby te złoża mieć - trzeba prowadzić poszukiwania. To jest jedyna droga. Tym bardziej, że mamy znakomitych fachowców, znakomite firmy geofizyczne i wiertnicze, które szukają złóż na świecie: w Czechach, na Słowacji, w Syrii, w Indiach, Kazachstanie, na Ukrainie. To jest ucieczka przed brakiem zleceń w kraju. W tej chwili wierci się u nas ok. 65 tys. metrów rocznie. To jest dramatycznie mało.

- A ile należałoby...
- To tak od razu trudno powiedzieć. Wszystko zależy od wyników badań geofizycznych. Dopiero w zależności od stopnia rozpoznania struktur planuje się konkretne otwory, ich głębokości itp...

- Ćwierć wieku temu, po euforii, jaka towarzyszyła erupcji w Karlinie, dr Kazimierz Słupczyński postawił dość efektowną tezę, że pod względem zaopatrzenia w gaz moglibyśmy być samowystarczalni
- Może tak dobrze nie jest. Ja nie byłbym tak wielkim optymistą. Szacuje się, że perspektywiczne zasoby Polski to jest 800 do 1000 mld m sześc. - może nawet więcej (optymiści oceniają je nawet na 3000 mld m sześc.). Są to więc wielkości znaczące. Ale to są tylko prognozy.

- Czy mamy regiony jeszcze nie odkryte, a perspektywiczne?
- Tych regionów jest całkiem sporo: Niż Polski, Puszcza Nadnotecka, rejon nadbałtycki i ciągle jeszcze Polska południowo-wschodnia.

- Ile czasu musi upłynąć od momentu podjęcia decyzji, zaangażowania środków finansowych do uzyskania pierwszych efektów?
- Myślę, że na pierwsze efekty dzisiejszych decyzji trzeba - w przypadku poszukiwania i wydobycia gazu - czekać 2 do 2,5 roku. Jeśli chodzi o znaczący wzrost wydobycia do poziomu 8 mld m sześc. rocznie, to jest perspektywa roku 2012-2013. Nie wcześniej! Pod warunkiem oczywiście realnego zwiększenia nakładów na poszukiwania, bo to jest warunek absolutnie konieczny. Do tej pory wydawaliśmy na ten cel ok. 450 mln złotych rocznie, ten wzrost powinien nastąpić co najmniej o 1/3. To jest takie minimum realne. Lepiej byłoby gdyby tych pieniędzy było oczywiście więcej. Wiadomo jednak jak jest z pieniędzmi. W naszej gospodarce spod ziemi się ich nie wyciągnie.

- Mówiło się, że PGNiG wchodzi na giełdę głównie po to, aby pozyskać tą drogą pieniądze na poszukiwania właśnie.
- Ale proszę pamiętać, że PGNiG to właściwie obecnie tylko górnictwo naftowe, natomiast istotną sprawą jest infrastruktura sieci gazowej. To kwestia rozbudowy gazociągów dystrybucyjnych, całej infrastruktury przesyłowej, która była budowana z myślą o zasilaniu jednostronnym, a teraz powinna działać na kilku kierunkach. To budowa podziemnych magazynów gazu, o której tu tyle mówiliśmy...

- Pieniądze generalnie są w bankach. Czy istnieją jakieś sprawdzone konstrukcje finansowe umożliwiające pozyskanie ich właśnie na poszukiwania. Praktyka - także polska - uczy, że pieniądze wydane w ten sposób dość pewnie zwracają się.
- W pozyskaniu środków powinno w pierwszym rzędzie pomóc państwo, bo te przedsięwzięcia, o których mówi rząd, wymagają zaangażowania gigantycznych środków, które są poza zasięgiem górnictwa naftowego i gazownictwa. To są naprawdę gigantyczne kwoty.

- Nie będzie zarzutu ze strony Unii Europejskiej, że mamy do czynienia z niedozwoloną pomocą publiczną dla komercyjnych, publicznych spółek prawa handlowego?
- GAZ SYSTEM jest firmą w 100 procentach państwową i tak ma zostać. Podobnie jak większościowym właścicielem NAFTOPORTU jest Skarb Państwa, tak samo większościowym właścicielem GAZOPORTU musi być Skarb Państwa. To będzie nasze okno na świat i musi ono pozostać bezpieczne i pewne. Można do tego przedsięwzięcia doprosić banki, różne fundusze inwestycyjne, spółki komercyjne, ale większościowe pakiety muszą pozostać w rękach Skarbu Państwa. Podziemne, strategiczne magazyny gazu są także w gestii GAZ SYSTEMU, a więc w gestii Skarbu Państwa.

- A poszukiwania?
- Mamy spółki, które się tym zajmują. Na razie w tych spółkach - poprzez PGNiG - większościowe udziały ma w nich także Skarb Państwa. Można je prywatyzować i nawet trzeba, ale jednak Skarb Państwa powinien zachować w nich swoje pakiety kontrolne.

- Pojawiły się w Polsce także zagraniczne spółki poszukiwawcze, które wykupiły koncesje na poszukiwanie złóż ropy i gazu.
- To jest normalna działalność praktykowana w świecie. Firma - bez względu na kraj swojego pochodzenia - wykupuje koncesje na poszukiwanie. Natomiast podział, co do odkryć i wydobycia regulują odrębne porozumienia. Nigdzie nie jest tak, że wszystko, co znajdzie firma jest wyłącznie dla niej. Tylko w Stanach Zjednoczonych jest tak, że wszystko to, co jest pod gruntem, należy do właściciela gruntu. W Polsce i w Europie wszystkie kopaliny pod ziemią należą do Skarbu Państwa.

- Plotki mówiły, że jak dzielono koncesje, to i tak PGNiG dostał najsmakowitsze kąski.
- Dobry gospodarz zawsze się stara o wybranie najbardziej perspektywicznych rejonów. Ale ponieważ nie wszystko w Polsce jest do końca rozpoznane, więc wcale to nie znaczy, że pewne rejony nie okażą się nagle lepsze i zasobniejsze.

- A jeśli nadal nie będzie pieniędzy na poszukiwania i udostępnienie nowych złóż?
- Jeśli nie dysponuje się pieniędzmi to wchodzi się w konsorcja z zagranicznymi firmami i wtedy także dzieli się ryzyko. Tak jest np. w rejonie Morza Kaspijskiego, gdzie są obecni już wszyscy wielcy. To jest naturalne, że jeśli nie mam środków i liczę, że przedsięwzięcie będzie opłacalne i przyniesie zysk - to biorę sobie wspólnika z pieniędzmi. Cały problem tylko w tym, aby mądrze i uczciwie sporządzić umowę, aby żadna ze stron nie czuła się poszkodowana, ani nie była nadmiernie uprzywilejowana.

- Dziękuję za rozmowę.


Dokończenie znajdziesz w wydaniu papierowym. Zamów prenumeratę miesięcznika ENERGIA GIGAWAT w cenie 108 zł za cały rok, 54 zł - za pół roku lub 27 zł - za kwartał. Możesz skorzystać z formularza, który znajdziesz tutaj

Zamów prenumeratę




| Powrót |

Artykuł opublikowany pod adresem:     http://gigawat.net.pl/article/articleprint/665/-1/60/

Copyright (C) Gigawat Energia 2002